Tu uczą się Śliwki

WOJCIECH TRZCIONKA
Pamiątkowe zdjęcie uczestników 12. Letniej Szkoły Języka, Literatury i Kultury Polskiej w Cieszynie.   WOJCIECH TRZCIONKA
Pamiątkowe zdjęcie uczestników 12. Letniej Szkoły Języka, Literatury i Kultury Polskiej w Cieszynie. WOJCIECH TRZCIONKA
Polacy zdecydowanie za dużo piją - uważa Japonka Mariko Ohishi, studentka polonistyki z Tokio. Gdy pytam, co jeszcze nie podoba się jej w Polsce, zasępia się na chwilę. - Musimy za długo czekać na autobus.

Polacy zdecydowanie za dużo piją - uważa Japonka Mariko Ohishi, studentka polonistyki z Tokio. Gdy pytam, co jeszcze nie podoba się jej w Polsce, zasępia się na chwilę. - Musimy za długo czekać na autobus. U nas kursy są co trzy minuty, a tutaj musimy odstać na przystanku nawet po pół godziny - odpowiada w końcu Japonka po polsku. Całkiem ładnie. - No i jest jeszcze jedna sprawa - dorzuca jej kolega, Kyoichi Numata. - W Polsce wszystko trudno się załatwia. Gdy chcę zadzwonić do Japonii z automatu, okazuje się, że potrzebuję kartę. Idę do kiosku, a ten jest zamknięty. Szukam kolejnego, w końcu dostaję kartę, ale gdy wracam do automatu, okazuje się, że jest zepsuty.

- Cudzoziemcom na ogół podoba się w Polsce, ale dziwią się niektórym rzeczom - opowiada Jolanta Tambor, wicedyrektorka Letniej Szkoły Języka, Literatury i Kultury Polskiej, która przez cały sierpień trwa w Cieszynie. - Raz pewna Japonka jechała do nas autobusem, który w połowie drogi zepsuł się, więc kierowca poprosił pasażerów o opuszczenie pojazdu. Młoda dziewczyna nie mogła się temu nadziwić. Mówiła, że w Japonii coś takiego byłoby niemożliwe.

W letniej szkole, która po raz dwunasty odbywa się w filii Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie, bierze udział ponad 120 cudzoziemców z czterech kontynentów. Do kompletu brakuje tylko mieszkańca Australii. Młodzi ludzie uczą się języka polskiego, poznają naszą kulturę, historię, obyczaje. Oglądają polskie spektakle, filmy, spotykają znanych ludzi, odwiedzają ciekawe miejsca. Kursy, których są stypendystami albo które opłacili sami (665 dolarów), odbywają się w różnych grupach, w zależności od zaawansowania językowego. W najniższej są i tacy, którzy naukę zaczynali od podstawowych słówek jak "cześć" i "dzień dobry". W najwyższej studenci mówią prawie jak Polacy, tyle że z obcym akcentem. - Żeby nie szeregować ludzi cyferkami, wymyśliliśmy, że poszczególne grupy będą oznaczone różnymi owocami i warzywami. Jak w przedszkolu. Tak jest śmieszniej, a studenci to zaakceptowali - wyjaśnia Tambor.
Są więc grupy spod znaku Rzodkiewki, Banana, Kalafiora, Pomidora, Ogórka, Porzeczki. W sali, gdzie uczą się Śliwki, wszyscy bardzo dobrze mówią po polsku. Niektórzy wymawiają nawet "w Ściebzesynie chząszcz bzmi w czcinie" - i to prawie bez przerw. ? Ja nazywam się Trzcionka. Wojciech Trzcionka. Przeczytajcie - piszę swoje nazwisko na tablicy i proszę kolejno Japończyków, Ukrainki, Czeszki, Belga. - Cionkaaa, Sionka, Szczonka - męczą się studenci. Trzcionka wymawia poprawnie dopiero ktoś z końca sali. To Belg, Walter Vandaele. - Jak trafiłeś do Cieszyna? ? pytam 21-latka. - Autobusem - rzuca, nie rozumiejąc moich intencji. Gromki śmiech cichnie dopiero, gdy zaczyna opowiadać o sobie: - Jestem stypendystą rządu flamandzkiego. Na studiach uczę się polskiego, więc postanowiłem do was przyjechać. Jestem w Polsce już drugi raz. W waszym języku najtrudniejsza jest odmiana przez przypadki.

Cudzoziemcy mieszkają w akademikach. W pokojach zawsze jest mieszana obsada: Belg mieszka z Egipcjaninem (Walter mówi: z Egiptem), Ukrainka z Włoszką, a Japończyk z Rosjaninem z Syberii. - Czasami jedynym językiem łączącym dwóch cudzoziemców jest polski. Czy więc chcą czy nie, muszą się nim posługiwać. W ten sposób uczą się nowych słówek - tłumaczy Barbara Morcinek-Cudak, lektorka grupy Śliwek. - Celem tej szkoły jest przekazać jak najwięcej wiedzy o Polsce oraz stworzyć płaszczyznę do porozumienia między cudzoziemcami, którzy chociażby przez to, że mieszkają razem, uczą się tolerancji - dodaje wicedyrektorka szkoły.
Obcokrajowcy uczą się polskiego z różnych powodów. Jednym potrzebny jest w pracy, inni dopiero studiują polonistykę, jeszcze inni traktują letnią naukę na zasadzie ciekawej rozrywki. - U nas jestem przewodnikiem grup niemieckich, ale mamy dużo Polaków, dlatego tu przyjechałem - wyjaśnia Hany Hamed z Egiptu. - Ja dowiedziałam się o kursie od nauczycielki - informuje Magdalena Greschnerova, Słowaczka studiująca filologię w czeskiej Opawie. W przerwach między zajęciami studenci zawsze spotykają się przy wyjściu z uniwersytetu. Palą papierosy i na gorąco wymieniają się spostrzeżeniami. Choć używają języków całego świata, jedna rzecz ich łączy: narzekanie na polski i trudną wymowę. - Macie więcej trudniejszych słów niż łatwiejszych - przekonuje łamaną polszczyzną pracownik irackiego ministerstwa, Rivadh Khalifa (Trzcionka wymawia tak: rzecionka albo terzątrzka). Do Cieszyna przyjechał, bo chciałby, żeby Polska pomogła kiedyś Irakowi w odbudowie gospodarczej państwa, po zniesieniu międzynarodowego embarga nałożonego na jego kraj wiele lat temu. - Mamy przecież ropę i moglibyśmy ją wam sprzedawać. Już kiedyś mieliśmy dobre kontakty, a gdy wejdziecie do Unii Europejskiej, będziecie jeszcze lepszym partnerem - przekonuje po angielsku 31-letni Irakijczyk. Gdy pytam go, jak mu idzie nauka, próbuje używać polskiego: - Zdania są za długie i często muszę "zaglondac do slownik". Dopiero potem znam słowo. Ja mam trzy rozmówki, English-polski, polski-English i arabsko-English.

Jeszcze trudniej jest dogadać się z Japonką (jedną z siedmiu w letniej szkole), Mano Jingushi. - Jak ci się u nas podoba? - pytam 20-latkę, studentkę II roku polonistyki w Tokio. - Jest piękne to otoczenie, bo macie nauczycielki, które są bardzo ładne kobiety - zaczyna Mano. - Tu inni ludzie są. Różni, nie japońscy. Mam okazję polski poznawać, ale są dużo słów trudne. Wiele nie rozumiem.

- A chce ci się uczyć w czasie wakacji? - pytam. - Tu wszyscy mówić po polsku. Jest lepsza możliwość niż Japonia. Tam ja nie mam tyle okazji poznać kraj i język - tłumaczy.
W grupie Cytrynek wszyscy studenci mówią podobnie jak Mano Jingushi. - Pamiętajcie, dzisiaj mamy spotkanie z Pomarańczkami w sprawie balu przebierańców - przypomina na początku lekcji lektorka Małgorzata Smereczniak. Chwilę potem rozpoczyna się wymiana zdań na temat zagranicznych i polskich imion. - Jakie z naszych imion są dziwne? - przepytuje kolejno lektorka. - Leszek. Po naszemu też jest takie słowo, ale nie imię. Co znaczy? Nie umiem - odpowiada lekko zmieszana Bułgarka. - Trudne bardzo są nazwiska. Nie umiem ich mówić łatwo. Na przykład Zwigniew - włącza się Japonka siedząca pod oknem. - Kto Zwigniew? - dopytuje się Włoszka. - Chyba Zwiegniew? - zastanawia się Egipcjanin. Dopiero młoda Bułgarka rozwiewa wątpliwości, że wszystkim chodzi o Zbigniewa. A to dopiero początek dzisiejszych zajęć.

Mniej wina w Europie

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie