Glajty nad Żarem, czyli każdy może oderwać się od codzienności. Wystarczy tylko...

Jacek Drost
Jacek Drost
W słoneczny, ciepły i wietrzny dzień na samym szczycie na Żarze panuje tłok jak na - przysłowiowej - ul. Marszałkowskiej w Warszawie. Jedni startują, inni już są w powietrzu, jeszcze inni przygotują się do lotów. I do tego mnóstwo widzów. FOT. Jacek Drost
Góra Żar w Międzybrodziu Żywieckim to raj dla paralotniarzy. W słoneczny, ciepły i wietrzny dzień na samym szczycie na Żarze panuje tłok jak na - przysłowiowej - ul. Marszałkowskiej w Warszawie. Jedni startują, inni już są w powietrzu, jeszcze inni przygotują się do lotów. I do tego mnóstwo widzów.

- Paralotniarstwo jest dla mnie sposobem na oderwanie się od codzienności. Można spojrzeć na problemy z zupełnie innej perspektywy, ze znacznie większym dystansem - zwierza się Tamara Dudek, instruktor paralotniarstwa ze Szkoły Paralotniowej Alti w Międzybrodziu Żywieckim, która swoje pierwsze paralotniarskie kroki stawiała w 1991 roku, a teraz na Górze Żar uczy innych latania na paralotni zwanej także skrzydłem lub glajtem. I dodaje: - Jak człowiek trochę polata, to jest wyluzowany i łatwiej przychodzi mu rozwiązywanie problemów życiowych.

Góra Żar mekką dla miłośników latania

W Beskidach mekką paralotniarzy jest Góra Żar (o wysokości 761 m n.p.m.) w Międzybrodziu Żywieckim, będąca znakomitym punktem widokowym, z którego rozciąga się widok na Kotlinę Żywiecką, a także szczyty Beskidu Śląskiego i Żywieckiego oraz Jezioro Żywieckie. W słoneczne, wietrzne dni, zwłaszcza w weekendy, na Żarze aż roi się nie tylko od chętnych do latania na paralotniach, ale także osób kibicujących glajciarzom. Popularność Góry Żar wśród miłośników sportów lotniczych bierze się stąd, że w Beskidach nie ma zbyt wielu stromych i nie zalesionych szczytów, z których można swobodnie wystartować, do tego różnie bywa z warunkami wietrznymi.

- Paralotniarstwo jest sportem ekstremalnym, ale nie aż takim jak się wydaje. Jeśli ktoś chce latać rekreacyjnie, to nie problemu. Generalnie to sport bezpieczny i bardzo spokojny - zwierzał mi się swego czasu Paweł Faron prowadzący szkołę paralotniową Fly Lite, który swoją przygodę z paralotniarstwem zaczynał w 1990 roku, a w 2015 roku reprezentował Polskę w zawodach Red Bull X-Alps, najbardziej ekstremalnym wyścigu przygodowym świata, w ramach którego zawodnicy musieli w możliwie najkrótszym czasie pokonać liczącą 1 038 km trasę, prowadzącą przez Alpy z Salzburga do Monako, m.in. przy użyciu paralotni.

Paweł Faron od dziecka był zafascynowany lataniem. Robił modele, stworzył lotnię, z której chciał skoczyć z domu, ale ostatecznie wystartował z garażu, więc spadł z dwóch, trzech metrów i nic mu się nie stało. Jak skończył studia, to spotkał kilku paralotniarzy i tak się w to wciągnął. Pan Paweł doskonale pamięta ten swój pierwszy raz, kiedy wzbił się w górę.

- To tak niesamowite uczucie - mieć nad sobą sporych rozmiarów szmatę i wzbijać się w powietrze. Pamiętam dokładnie, że instruktor krzyczał : „Biegnij”, więc biegłem po stoku. Później oderwałem się od ziemi i dalej biegłem, bo byłem w takim szoku. Przestałem przebierać nogami, jak instruktor dał mi znać, że już nie muszę biec - wspominał paralotniarz.

Podobnych opowieści znajdziemy mnóstwo, bo tego pierwszego lotu na glajcie - mimo późniejszego spędzenia w powietrzu setek i tysięcy godzin - nie zapomina się, zostaje on w człowieku do końca życia.

Latanie łatwe jak nigdy wcześniej

W ostatnich dwóch dekadach paralotniarstwo w Polsce przeszło gwałtowny rozwój. Przede wszystkim zmienił się sprzęt - paralotniarze latają na coraz bezpieczniejszych paralotniach.

Obecne skrzydło szkolne ma osiągi porównywalne do skrzydła wyczynowego, dzięki czemu praktycznie każdy może zostać paralotniarzem.

W Szkole Paralotniowej Alti najstarszy kursant miał... 75 lat. Tamara Dudek tłumaczy, że nie są wymagane jakieś szczególne predyspozycje, umiejętności czy kondycja. Nie są też potrzebne badania lekarskie - podpisuje się tylko oświadczenie o dobrym stanie zdrowia.

Nic więc dziwnego, że na kursy przychodzą ludzie w różnym wieku (dolna granica to skończona szkoła podstawowa) i różnych profesji - począwszy od uczniów, a na prezesach firm skończywszy. Sporo jest także kobiet. I nie są to raczej poszukiwacze podwyższonej adrenaliny, lecz relaksu i przyjemności z latania.

- Generalnie każdy, kto przyjdzie na kurs to już w pierwszy dzień może zacząć latać. Oczywiście bardzo łatwo oderwać się od ziemi i polecieć, ale trzeba mieć także pojęcie o pewnych niebezpieczeństwach i zagrożeniach, stąd organizowane są kursy - dodaje Tamara Dudek.

Podstawowe szkolenie trwa pięć dni i w tym czasie trzeba wykonać minimum 20 lotów. Później jest drugi etap szkolenia - na miejscu lub w Aplach czy na Słowenii. Każdy z etapów kosztuje około 1100 złotych. Po nich zdaje się egzamin państwowy i po tym egzaminie otrzymuje się uprawnienia do samodzielnego latania. Zakup używanego sprzętu, który nadaje się do bezpiecznego latania, to koszt zaczynający się od 5 tysięcy złotych. Nowy sprzęt to koszt rzędy 20 tysięcy złotych.

Odwieczne marzenie człowieka o lataniu

Paralotniarstwo jest sportem, którego idea powstała w końcu lat 40. ub. wieku w USA, ale zrealizowana została dopiero na początku lat 80. w krajach alpejskich. Od razu nastąpił bardzo dynamiczny rozwój tej dyscypliny, gdyż jest to najtańszy i najłatwiej dostępny sport lotniczy i prawie każdy może zrealizować w ten sposób swoje marzenia o lataniu. W Polsce paralotniarstwo pojawiło się pod koniec lat 80. ub. wieku. Niedługo potem zaczęły powstawać wyspecjalizowane szkoły latania, które wyszkoliły do roku 2009 ponad 15 tys. pilotów.

Ale przecież tak naprawdę ludzie marzyli o lataniu od zawsze.

- Winne temu były ptaki, które prowokowały ambitnego homo sapiens do prób oderwania się od ziemi. Nie jest to udowodnione archeologicznie, ale zupełnie możliwe, że konstruował zakładany na ramiona stelaż obciągnięty skórami zwierzęcymi i próbował naśladować ptaki. Ile takich prób zakończyło się połamaniem kości śmiałka, nie wie nikt. W świecie sag i bajek latanie nie było żadnym problemem. Wykorzystywano dywany, miotły, skrzydlate hełmy oraz zaczarowane buty - czytamy na stronie Szkoły Paralotniowej Alti.

Szkoła przypomina osobom marzącym o lataniu, że dopiero genialny artysta i wynalazca Leonardo da Vinci dostarczył ludzkości niezbędne podstawy teoretyczne. Mimo że żadna z jego maszyn latających nie oderwała się wtedy od ziemi, wiele szczegółów konstrukcyjnych jego projektów można znaleźć w dzisiejszych urządzeniach latających.

Warto podkreślić, że pierwszy udokumentowany historycznie skok z wieży na konstrukcji z drewna i materiału wykonał w Wenecji Fausto Veranzio w 1620 roku.

Z kolei pierwszymi, którym udało się utrzymać dłużej nad ziemią byli bracia Montgolfier, lecący balonem na ogrzane powietrze.

Brzegi balonu narażone były na działanie otwartego ognia i niebezpieczeństwo katastrofy, dlatego zaczęto myśleć o sprzęcie ratowniczym do opuszczania płonącego balonu - 22 października 1797 r. André-Jaques Garnerin wykonał skok z balonu. Jego spadochron wpadł w szybki ruch wahadłowy, ale najważniejsze było to, że skoczek przeżył.

- W Polsce jednym z pionierów był Jan Wnęk, który zbudował konstrukcje wzorowane na ptasich skrzydłach i wykonał na nich kilka lotów z wieży kościoła i z pagórka. Jeden z lotów w 1869 roku zakończył się śmiertelnym upadkiem. Epokę nowoczesnego lotnictwa rozpoczął Otto Lilienthal, któremu w 1891 roku udało się polecieć na urządzeniu „cięższym od powietrza”. Jego pomysły błyskawicznie nabrały rozgłosu.

W tym samym czasie kolejny Polak Czesław Tański pracował na swoim aparatem latającym, który nazwał „lotnią”. Nie dopracował jednak swojego wynalazku, ponieważ mieszkał na nizinach, a poza tym miał wiele innych zainteresowań. W roku 1903 odbył się pierwszy lot samolotu braci Wright. Kilka lat później Bleriot przeleciał przez kanał La Manche, a w pierwszej wojnie światowej samoloty zastosowano jako broń bojową. W tej samej wojnie użyte zostały również spadochrony. Nie po to, by ratować pilotów zestrzelonych samolotów, bo na to nie pozwalał im honor, ale po to, żeby załoga balonu na uwięzi mogła bezpiecznie opuścić płonący balon - przypomina historię latania szkoła Alti.

Pierwsza lotnia z pilotem poleciała w roku 1962 i tylko kwestią czasu był dalszy rozwój konstrukcji, aż do dzisiejszych skrzydeł wyczynowych.

Warto wiedzieć, że miękkie skrzydło nie przekształciłoby się w bezpieczny przyrząd latający gdyby nie amerykański konstruktor Steve Snyder i Kanadyjczyk Jalbert. Snyder w roku 1965 uszył pierwszy prostokątny spadochron komorowy. Z kolei Jalbert wykonał testy urządzenia, po których skrócił środkowe linki i zmienił kąt natarcia, żeby zmniejszyć szarpnięcie przy otwarciu. Odważni skoczkowie wykonywali skoki z tym spadochronem ze skoczni olimpijskiej w Lake Placid. Wtedy urządzeniem zainteresowała się armia, chcąc poprawić konstrukcję, podczepić do niej silniczek napędzający i wykorzystać do transportowania zestrzelonych pilotów myśliwców przez linię frontu do ojczyzny. Projekt rozbił się o coś bardzo prostego - dobry pilot myśliwca niekoniecznie może być dobrym pilotem paralotni.

Dopiero we wczesnych latach 70. w USA pierwsi spadochroniarze wystartowali ze stoków górskich, żeby zaoszczędzić na kosztach samolotu. Ponieważ w tym samym czasie pojawiły się pierwsze lotnie, latanie na spadochronach nie stało się popularne. W Europie lotnie przełamały pierwsze lody po locie Mike’a Harkera w 1972 r. z Zugspitze. Szkoły i producenci zaczęli wyrastać jak grzyby po deszczu. Jednak duża ilość wypadków szybko zmąciła obraz lotni jako „powietrznego roweru”, na którym każdy łatwo i szybko może nauczyć się latać.

- Wzrost poziomu bezpieczeństwa był bardzo powolny, dlatego nie doszło do masowego rozwoju lotniarstwa. Tymczasem nie tylko w USA odbywały się próby startu na spadochronach ze zboczy górskich. Alpiniści i piloci widzieli przyszłość dla spadochronów, ze względu na łatwość transportu i możliwość szybkiego rozłożenia. Dieter Strasilla poleciał na skonstruowanym przez siebie spadochronie komorowym o nazwie Sky-Wing. W latach 60. rozpoczął próby, a w 1974 r. skonstruował skrzydło siedmiokomorowe o powierzchni 32 m kw. Jego dziełem było także skrzydło służące wyłącznie do startów z górskich zboczy, a nie jako spadochron - przypominają prowadzący szkołę Alti. I dodają, że dzisiejsze paralotnie nie wywodzą się od Sky-Winga - wielki sukces został wywołany przez kogoś innego. Trzej spadochroniarze z Mieussy we Francji zaczęli pierwsze próby lotów ze zboczy górskich inspirowani obserwacjami skoczków z USA. 27 czerwca 1978 r. Jean Claude Betemps rozłożył na starcie swoje skrzydło Stratocloud, o powierzchni 24,5 m kw. Rozpoczął bieg w dół zbocza, trzymając w rękach tylko sterówki. Skrzydło szybko napełniło się powietrzem i pilot oderwał się od ziemi. Szybko wytracił 1000 m wysokości, ale wiedział, że urządzenie działa...

- Myślę, że paralotniarstwo to przyszłość, bo to najtańsza forma uprawiania sportów lotniczych - mówi Tamara Dudek.

Jeśli ktoś nie ma paralotni czy umiejętności i nie bardzo myśli o kursie paralotniowym, to żaden problem, też może wzbić się w powietrze - w ostatnich latach bardzo popularne stały się loty w tandemie. Taka przyjemność kosztuje od 250 do ponad 350 zł. Chętnych nie brakuje.

Religia i etyka w szkole. Kto ma kształcić nauczycieli etyki?

Wideo

Materiał oryginalny: Glajty nad Żarem, czyli każdy może oderwać się od codzienności. Wystarczy tylko... - Bielsko-Biała Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie